Inspiracje, motywacje, prezenty!












Słowa, których nie da się cofnąć... Przemijanie.


Każdy z nas w swoim życiu powiedział coś, czego potem żałował. Nawet, jak miało się czyste intencje, to efekt może być niestety opłakany. Ostatnio dużo zastanawiam się nad czasem, jego przemijaniem i tym, jakim człowiek jest małym okruchem, którego można z łatwością zdmuchnąć.
Moja siostra kończy dzisiaj 40 lat. Czterdzieści lat minęło, jak jeden dzień. Mój mąż nie ma już rodziców. Ojca stracił kilka lat temu, mam umarła jeszcze wcześniej. Śmierci, które były nagłe i zbyt szybko. Jednego dnia są, drugiego już tylko wspomnieniem. 
Pamiętam, jak znając dokładnie rozkład, każdego dnia ojca mojego męża, zamartwialiśmy się, że nie wrócił jeszcze do domu. Pamiętam, jak wydzwanialiśmy po rodzinie, w miejsca, w których mógł być. Pamiętam, jak obdzwanialiśmy wszystkie szpitale, by dowiedzieć się, że w jednym z nich jest mój teść. Pamiętam, jak szykowaliśmy dla niego szlafrok, piżamę, na szybko, by coś dla niego ze sobą wziąć, coś co mu się przyda. Pamiętam, jak zdenerwowani jechaliśmy do szpitala, szybko, by dowiedzieć się, co się wydarzyło, jak on się czuje. Pamiętam, jak podczas drogi, by pocieszyć męża, walnęłam: będzie dobrze, złego diabli nie biorą. Teść nie należał do świętych ludzi, zgotował piekło rodzinie, gdy mąż był dzieckiem. Chciałam rozluźnić atmosferę, zrzucić trochę tego ciężaru z naszych barków i lęku towarzyszącemu pytaniu: czy żyje?
Pamiętam, jak przyjechaliśmy do szpitala i mój mąż po 10 minutowej rozmowie z lekarzem, podszedł do mnie zalany łzami. Ojciec nie żył od kilku godzin, był przez 2 godziny reanimowany i ratowany. Na początku jeszcze pod urzędem miejskim, gdzie jadąc autem pękła mu aorta. Był biały dzień, godziny szczytu, a on był reanimowany na środku dwupasmówki. Teraz już nie żył.
Jakże głupia była moja próba pocieszenia męża. Nie mogłam po przyjeździe do szpitala, powiedzieć mu: a nie mówiłam? Jest dobrze! Jakże głupie i beznadziejne po tym wszystkim okazały się moje słowa: diabli złego nie biorą. Mąż zapomniał, nie miał do mnie żalu, był w takim szoku, że nawet nie słyszał, co mu wtedy mówiłam. 
Wyniosłam naukę, by czasem nie mówić za dużo. Że są sytuacje i chwilę, podczas których milczenie jest dla wszystkich zbawieniem. Że czasem wystarczy tylko :przykro mi i nic więcej. Że próbowanie, na siłę, kogoś pocieszyć, daje odwrotny skutek. 
W obliczy śmierci, wiele rzeczy wydaje się nie takich, jak być powinno. Coś powiedziało się za dużo, czegoś nie zdążyło się powiedzieć. 
Czasami zapominam, jak musi być trudno mojemu mężowi, gdy nie ma już rodziców. Ja swoich mam, jest to dla mnie naturalne, że są. I choć czasem się kłócimy, a oni bywają dla mnie upierdliwi, to są i mogę na nich liczyć. Pomagają mi, czasem są wsparciem, czasem podcinają skrzydła, ale są. 
Moja siostra kończy dzisiaj 40 lat, ja we wrześniu 38. Czas leci szybko i nie pyta nas o zdanie. Tracimy czas na nic nie znaczące lub raniące słowa, a te ważne odkładamy na potem. Potem staje się za późno. O ludzi trzeba dbać, jak żyją. Nic z tego, że po śmierci postawi się im marmurowe nagrobki, zapłaci za modlitwę (czy płatna modlitwa może być szczera?). Ważne jest tu i teraz, dużo ważnych słów i jak najwięcej milczenia, gdy słowa mogą ranić. 
Uczę się tego każdego dnia.

Pozdrawiam
Vika

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

To miłe, że Ci się chciało. Jestem wdzięczna za każdą opinię, również tą negatywną, o ile nie tryska jadem.

Szukaj

Copyright © 2015 pinkmoodline lifestyle blog, rozwój, zmiany, sukces, szczęście | Distributed By My Blogger Themes | Designed By Blokotka