Inspiracje, motywacje, prezenty!












Latsweek #2 (9-15.02.1015)


W ostatnim tygodniu dużo pracowałam nad funkcjonalnością bloga i kilkoma funkcjami, które mają ułatwić mi życie. Blog to oprócz procesu twórczego, także procesu marketingowe, a także pełno technicznych pierdół. Nie chcę, by mój blog przejęły roboty, ale część pracy oddałam w ich ręczę. Na szczęście w tekstach pozostał człowiek, a tym pipolem jestem ja :)
1. Za sprawą Beaty z bloga Vademecum bloger zautomatyzowałam dodawanie nowych postów na FB i Twittera za pomocą  Twitterfeed. Plusem jest to, że gdy tylko opublikuję nowy post na blogu, link do niego automatycznie pojawia się na FB i Twitterze. Minusem jest to, że jest to suchy link bez żadnego wstępnego słowa ode mnie. Nie wiem czy wstęp zawsze jest potrzebny. Na FB i Twitterze umieszczam jeszcze inne posty niż tylko te z bloga.


2. Przeczytałam książkę Nagle sama. 


Zastanawiam się, jak czuje się człowiek porzucony? Czy jest jakaś różnica między byciem porzuconym, a porzucającym? Ma chyba też znaczenie z jakiego powodu decydujemy się odejść czy co było powodem, ze ktoś odszedł od nas. W moim życiu to ja porzucałam (co za głupie słowo), a decyzja o rozstaniu była trudna i siała spustoszenie na jakiś czas, choć wiem, ze słusznie postępowałam. Myślę, że ten co został porzucony ma lepiej, bo może się nad sobą użalać, nakarmić się poczuciem krzywdy przy okazji obarczając drugą stroną poczuciem winy. Tak było w przypadku mojego drugiego męża, który po naszym rozstaniu przyjął rolę męczennika i wszem i wobec opowiadał jaki jest biedny i nieszczęśliwy, bo ta suka żona go rzuciła i to dla innego. Wierutna bzdura, ale zamierzony efekt osiągał. Jego niedojrzałość i ciągłe karmienie się poczuciem krzywdy było powodem, dla którego z nim się rozstała. robi to nadal, ale już nie w moim towarzystwie :) O niszczących skutkach karmienia się poczuciem krzywdy lub winy pisałam w poście Moja wina, twoja wina, nasza bardzo wielka wina...
Zdjęcie jest podlinkowane, dlatego możesz kliknąć i przeczytać recenzję książki, a także opinie czytelników. Żadna wielka literatura, dla mnie kolejne studium przypadku, bo kobiet, co borykają się z odejściem partnera jest wiele i różnie sobie z tym radzą. 

3. W tym tygodniu walczę z bólem. Mam go wpisanego w życie, trudno, da się z nim żyć. Najczęściej pomagała mi kąpiel w ciepłej, bardzo ciepłej, jak twierdzi mój mąż, gorącej wodzie. Niestety, choć dom mamy na prawdę ładny i duży to w naszej łazience mającej 8 m.kw (niewyobrażalnie wielka, jak na angielskie warunki) nie znajduje się wanna. Landlor ma zamienić nasze wielki, znienawidzony przeze mnie prysznic na wannę. Będzie mi dużo lepiej. Tymczasem muszę radzić sobie ze swoim bólem inaczej niż pijąc tramal, nie lubię ćpać, choć to legalny sposób, zalecony przez mojego reumatologa. Tym radzenie sobie jest nicnierobienie. Siedzę i nie wykonuję żadnych prac fizycznych, choć serce i rozum pracują na full time :)
Taka wanna to nie tylko moje marzenie, ale też zalecenie mojego lekarza :) Nie są drogie, bo bez podgrzewacza na allegro można już je kupić za 1700 PLN.

4. Na blogu rozwojowo i lifestylowo:

W poniedziałek uraczyłam Was dawką zachowań, jakimi charakteryzują się Anglicy, a które są dla mnie trudne do przyjęcia, w poście 10 rzeczy, które wkurzają mnie w Anglikach.



W czwartek wpis o tym dlaczego dieta śródziemnomorska? Dzisiaj mieliśmy na obiad bardzo pożywną zupę krem. Choć Anglicy właśnie w takiej formie podają tutaj zupy, to ja zgapiłam to od Hiszpanów. To właśnie na Gran Canarii jadłam pierwszy raz tak dobrą marchwiankę. W Anglii za to jadłam niebiańsko pyszną zupę- krem paprykową. Mam to szczęście, że mój znajomy pracuje na farmie, takiej prawdziwej farmie i do tego ekologicznej. Tak wiem, na te warzywa i owoce spada ten sam zanieczyszczony deszcz, ale nie są one dodatkowo faszerowane chemią w postaci nawozów czy oprysków. Gdy uprawy zaczynają zeżerać mszyce, oni przywożą tysiące biedronek i w naturalny sposób się nimi likwidują szkodnika. Ten znajomy co sobotę obdarowuje mnie kilkoma wielkimi, papierowymi workami warzyw i owoców. Niektórych warzyw nigdy wcześniej nie widziałam na oczy, niektóre zaskakują mnie smakiem i zapachem. Jak choćby dzisiaj warzywo, które "zrobiło" cała zupę- krem. Pachniało anyżem, a wyglądało jak pomieszanie selera naciowego z koprem włoskim. W UK łatwiej mi uprawiać kuchnię śródziemnomorską dzięki mojemu znajomemu. Jeśli ktoś z Was wie co to za warzywo, to proszę o info w komentarzu :) 


W piątek gorący temat- Walentynki. Walentynki- wow czy be? Czyli co sądze o Walentynkach to post dotyczący mojego spojrzenia na to święto (?). 



W niedzielę ważny post o pewności siebie. Bądź pewny siebie, to nie grzech! Lubię swoja pewność siebie, która powoduje, że chodzę wyprostowana i nie zwieszam głowy, dorabiając się garba. Ta pewność siebie niejako tez wymusza pewny dystans innych osób do mnie, a także odczuwalny szacunek. Pasuje mi to i nie mam z tym problemów. Nie ma nic gorszego niż osoba, która ma siebie gdzieś "sprzedać", a mówi słabym, drżącym głosem, ze spuszczony wzrokiem. Pewność siebie jest nam potrzebna, by przetrwać!

Życzę Ci miłego tygodnia.
Pozdrawiam
Victoria



Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

To miłe, że Ci się chciało. Jestem wdzięczna za każdą opinię, również tą negatywną, o ile nie tryska jadem.

Szukaj

Copyright © 2015 pinkmoodline lifestyle blog, rozwój, zmiany, sukces, szczęście | Distributed By My Blogger Themes | Designed By Blokotka